Zejście z Orizaby
Rano, rześcy jak świstaki wczesną wiosną zrywamy się do walki, a potem delikatnie, delikatnie kładziemy się z powrotem. Niezaaklimatyzowany organizm na tej wysokości zachowuje się dziwnie. Chociaż rozum podpowiada, że trzeba wchłonąć odpowiednią ilość płynów i pokarmu stałego, to organizm trwa w niezrozumiałym uporze i odmawia. No to rozum się zgadza - no tak, rozum na tej wysokości tez nie pracuje najlepiej. Teraz trzeba jeszcze dodatkowo przekonać rozum, a to może być niełatwe...
Powyższe to próbka, jak logiczne może być myślenie na wysokości 5 km. W każdym razie na leżąco i po ciemku żujemy po kawałku pieczywka z wodą (rodzynki zbrzydły nam dnia poprzedniego). Po 20 minutach każdy z nas uporał się już mniej więcej ze swoją połówką bułki. Pół godziny zajęło nam wracanie do sił po tej niewątpliwie wyczerpującej czynności, jaką jest jedzenie. Ruszanie żuchwą, to przecież zużywa tyle tlenu...
Za to strawa duchowa na zewnątrz - palce lizać. Orizaba rzuca swój słynny cień na równinę po zachodniej stronie. Tyle, że - mimo iż to Meksyk, to piździ (za przeproszeniem, ale ten zwrot wymaga ekspresyjności) jak w kieleckim. Wyciągnięcie aparatu gołą ręką? Nie, dziękuję. No dobra, jedno zdjęcie. Potem się żałuje nie zrobionych fotek, ale w danej sytuacji to najlepsze rozwiązanie. No bo uczucie odmrażania dłoni jest wystarczająco odstraszające przed naciskaniem spustu migawki.
Pakujemy namiot, plecaki zostawiamy pod skałką i na lekko śmigamy do góry. Piękne uczucie taki brak balastu. (polecam starszym i wypalonym - ale tu raczej mam na myśli balast doświadczeń)
Koło 10 jesteśmy już na najbliższym nam wierzchołku. Nie jest to ten najwyższy, ale wokół krateru jest ich kilka. Nam wystarczy - zdobyliśmy Orizabę od południa, drogą zapewne niepowtarzalną. Gdyby nie to, że nie mieliśmy gazu, żeby roztopić śnieg (do samolotu brać nie wolno, w Meksyku nie znaleźliśmy), może skusilibyśmy się na obchodzenie krateru. A tak krater nas nie obchodził...
Nieprawda. Krater zrobił na nas ogromne wrażenie - swoim ogromem. Cudo. Naprawdę głęboka dziura w górze. Podobno tutaj upierzony wąż - bóg Quetzalcoatl zakończył swój żywot ziemski - a krater posłużył jako wielka urna do spalenia aztecko - tolteckiego boga.
W każdym razie postanowiliśmy już schodzić. Tak mamo, jestem ostrożny.
Piargi, które przy wchodzeniu były katorgą, przy zejściu okazały się samą przyjemnością. Zjeżdżamy jak na nartach. To co zrobiliśmy w dwa dni z bólem, teraz płynie z przyjemnością - 8 godzin i jesteśmy z znów w Xometli. Po drodze w dół też bierzemy słodką kąpiel w potoku. Co w niej słodkiego? Chyba woda.
Woda... właśnie. Woda już się skończyła, a ta z potoku jest jakaś niespecjalna - jakaś za ciepła, trochę zbyt mętna (no dobra, tak naprawdę to w niemieckim przewodniku straszą jakimiś uzębionymi choć niewidzialnymi paskudztwami, więc się trochę hamujemy).
Suszy nas, oj suszy okrutnie. Ale na dole kupujemy sobie wreszcie spełnienie marzeń - soki, pomarańcze i pyszne świeże mango.
Chcemy spać w kościele, ale jakiś hombre proponuje, że możemy spać w szkole. Właściwie to w szopie obok szkoły. Nie wybrzydzamy, oni też mieszkają w takich domkach. Zresztą na tej zbitej z dech budzie wisi napis, że jeśli ktoś się tu osiedli, to zostanie przeciw niemu podjęta akcja wysiedleńcza. Szkoła to też prawdziwa - nomen omen - buda. Edukacja to skarb, mówili. Ci biedni ludzie nie mają dostępu do blasku kaganka oświaty. Teraz i tak są wakacje. Dzieci, pewnie z nudów, stoją wokół nas i nic nie mówią.
Ciągle ich przybywa. Może to jakiś horror Kinga?
Nie, dzieci tylko patrzą. W takich krajach trzeba się na to uodpornić. Ty sobie spokojnie otwierasz konserwę, a oni niech się gapią. Pytam, czego chcą. "Niczego". "No to czemu tak stoicie?". Wzruszenie ramion. No tak, przecież to oczywiste. Jasne jak słońce. Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałem?
Nie, dzieci są grzeczne. Jak mówimy, że idziemy spać, to oni też idą. W budzie jest spokojnie, tylko brudno, ale co tam. Teraz w prochu się obracamy, rano z prochu powstaniemy - tak, jak to mówią, jest napisane.
