meksyk

Wyprawa na Orizabę

Idziemy. Można to tak jeszcze nazwać - przynajmniej z rana. Pchamy się do góry, planując chytrze wskoczenie na południowo - zachodnią grań i zdobycie Orizaby chyłkiem. Niestety, piargi hamują nasz zapał, garb w postaci plecaka działa podobnie, a ogólna nie aklimatyzacja dodaje parę kilo obciążenia na każdą nogę. Najgorsze są te piargi - 3 kroki w przód i samoistne zsunięcie 2 kroki do tyłu. Sporo energii ucieka na przeklinanie.

Blacha wymęczony studiami i pracą w Szkocji zostaje mocno w tyle - w sumie ma prawo, kiedy ja nabierałem sił przed wyprawą na mamusinym wikcie, on harował na zachodnioeuropejskim, przepraszam za wyrażenie, "chlebie" (cudzysłów wskazany), a wcześniej studiował... no cóż, pewnie nie może znaleźć swojego legendarnego guzika. Teoria ukuta kiedyś z Krzyśkiem Marendziakiem mówi, że Blacha (jako hiperhormoniarz) posiada ukryty gdzieś pośród sfałdowanych mięśni czoła guzik, którego wciśnięcie powoduje nagłą eksplozję hormonów, a co za tym idzie - przypływ energii porównywalnej z jądrową (to jakieś kanały wewnątrz organizmu, trzeba spytać jakiegoś speca od anatomii). Najtrudniej jest tenże guzik znaleźć. Do tego potrzebna jest druga osoba - zwykle idąc z przodu sprawiam, że Blacha się natęża, czoło nabrzmiewa i... no właśnie - pojawia się guzik. W takich momentach wciska się samoczynnie i Blacha wysuwa się - nomen omen - na czoło. A potem można go gonić, szukać wiatru w polu, igły w stogu siana i inne idiomy.

Przydatna rzecz, ja muszę długo ćwiczyć, żeby być w formie. Blacha wciska guzik. Czysta genetyka. Tyle że dziś guzik jest w atrofii i Blacha zasypia przy każdym postoju.

Szczyt jest już blisko, ale decydujemy się rozbić gdzieś na 5 tysiącach. I tak jesteśmy rozbici, więc to wiele nie zmienia. Chciałem wyjść wieczorem porobić zdjęcia, ale jakoś nie miałem natchnienia do artystycznej działalności, jaką jest założenia butów.

Nocka trwa od 20 do 7, więc śpimy długo i szczęśliwie. Szczęśliwie Blacha wziął te kalesony od brata i mógł mi pożyczyć. Uratował życie moim przyszłym dzieciom. (wszystko, jakby nie patrzeć obraca się w kręgu koneksji rodzinnych, zwłaszcza, że na mnie mówią Szwagier). Dziękuję ci Blacha, teraz wierzę człowiekowi, który ma wszystko pożyczone!

Rano stwierdzamy, że obu nam się śniły na przemian napoje chłodzące i rozgrzewające. Wierszyk nawet o tym powstał:

"Sen na wulkanie" (Orizaba, sierpień 2004)

Najpierw przyszła góralka częstować kompotem
Powiedziałem że mam tu zaraz sklep za rogiem
Wyszedłem tam po jogurt, duży, cztery złote
Wypiję - pomyślałem - będę młodym bogiem

W międzyczasie nagle zadzwoniła mama
Mówiąc, że na stole jest chleb i kakao
Żebym przyszedł, bo przecież nie zje tego sama
A szkoda by było, by się zmarnowało

Potem wpadli kumple z piwem, orzeszkami
Gar zupy przyniosła moja ukochana
Więc piłem i jadłem dużymi łykami
I tak przez noc całą, do białego rana

Rano znów góralka przyszła - ta z kompotem
(monotematyczność tego snu aż męczy)
Gardło miałem wyschnięte wtedy pod namiotem
A wizje...to był peyotl? Nie, wysokość, ponad 5 tysięcy