Początek drogi na Pico de Orizaba
Rano raniutko idziemy sobie ulicami Ciudad de Orizaba i rozkoszujemy się wysokością 1200 m n.p.m. Zdecydowanie troszkę chłodniej. Cel - Pico de Orizaba (po indiańsku Citlatepetl czyli Gwiaździsta Góra), najwyższy pagór w Meksyku i trzeci w Ameryce Północnej, 5700 metrów. Ale gdzież on? Jakiś miły staruszek próbuje nam pomóc, ale właściwie to nic nie wie o transporcie na wulkan. Za to opowiada jak to całe życie pracował w miejscowym dużym browarze. Tak w ogóle to wydawało się, że zaprosi nas na śniadanie. Znów się tylko wydawało... W parku sporo osób biega - a my siedzimy. A babcia zawsze ostrzegała, że będziemy siedzieć. Wreszcie postanawiamy iść w kierunku północnym i zobaczyć. Vamos para ver! Przy okazji kolekcjonujemy informacje. Jakiś sklepikarz sprzedaje nam wodę za 10 peso, a gdy dowiaduje się, że Polacy, to wciska po lizaku (wiadomo, papież Polak). W drugim sklepie woda po 7,5. Aha - lizaki to odkupienie wód, znaczy win.
Potem autobus do miejscowości La Perla. Ładnie, już prawie w górach. Jakiś miejscowy macho prosi, żebym pogadał coś przez telefon z jego szefem w Stanach. Najpierw pyta - czy na pewno nie jesteśmy z Chicago, a potem upewnia się, że ten angielski co ja znam to ten sam, co mówią w Gringolandzie. Wreszcie dzwoni i... nie oddaje mi słuchawki, sam łamanym angielskim (prawie tym samym, co mówią w Anglii) tłumaczy swoje sprawy. No i dobrze. Ogólnie hombres w Meksyku wydają się na pierwszy rzut oka twardzi i nieprzystępni, a przy pierwszym zagajeniu okazują się nieśmiali i łagodni. Ja się cieszę, bo teoretycznie przyswojony hiszpański sprawdza się w praktyce.
Jedziemy wyżej - do miejscowości Xometla. Autobus to amerykański blaszak ze śrubami na wierzchu, solidna robota (śmiałbym zaryzykować przypuszczenie, że to radziecka licencja, ale tutaj nikt nie zrozumie mojej wiary w radziecką myśl techniczną). Pojazdowi owemu udaje się jakimś cudem podjechać pod prawie pionowe (tak brzmi bardziej dramatycznie) górskie zbocza.
Oczywiście po drodze trzeba opędzać się od miejscowych wciskaczy towaru, że "no somos Amerikanos, somos estudiantes de Polonia, no tenemos mucho dinero".
Wysiadamy dość wysoko, myślę, że powyżej 2,5 tysiąca - i idziemy. Po drodze pola ziemniaczane, piszczące biedą pueblita i kilka rozmów z miejscowymi. Ktoś mówi, że tu są pumy. Dobrze. Dalej kąpiel w potoku.... no rewelacja. Wyżej - jak w Izerach. Ech Izery... zawsze jak pcham się w wysokie góry, to mi się przypominają płaskowyże izerskie. Blacha mówi, że jemu też. Ale czy można wierzyć człowiekowi, który ma wszystko pożyczone (nawet kalesony?). Gdzieś na 3,5 tysiąca spotykamy ekipę zalesiaczy w przerwie na grilla. Zagajam żartobliwie, czy to nie aby restauracja - no i mamy... Obiad znaczy - steki, kiełbasa chorizo, tortillas z fasolą i antydepresyjna salsa pikante (jak zje to nie - Meksykanin, to Meksykanie się śmieją - silne działanie antydepresyjne). Poza tym cola, jakiś miejscowy samogon i nawet jakieś mocne winko. No to za za lesia... za za lesia....(tu se kretyn trudne słowo wybrał) za zalesiaczy! Pozytywny energetyczny kopniak.
Zalesiacze też bywali w Stanach - co dziwne z reguły nie mówią po amerykańsku, widać hiszpański wystarcza w Gringolandzie. Jeszcze wyżej odsłania się wulkan. Piękny jest, nie ma co. Wieczorem dochodzimy gdzieś, gdzie się rozbijamy. Jakoś tak blisko 4 tysięcy. To nie cena, tylko wysokość n.p.m.
