Palenque miasto Majów w dżungli
Palenque o poranku. Nie mylić z palinką. Chociaż Palenque też rozgrzewa. Fajne Francuzeczki opowiadają, my zasięgamy języka (jak to z Francuzeczkami bywa). Aha, do ruin za 7 peso. Teraz wiemy, z jakich ofert śmiać się głośniej, z jakich ciszej. 40 peso i gardło sobie podrzynam...! Ha ha ha! W busiku (7 peso - 2 złote) grupa Angoli (tych z Anglii, nie z Angoli) i ładna dziewczyna (musi że nie od nich).
Ogólne wrażenie z poranka - bagpakerki to fajne dziewuszki. Mają w głowie i w nogach i w ogóle (w ogóle zapewne szczególnie). W plecakach też mają. Generalnie rzecz biorąc - mają (Tę pszczółkę, którą tu widzicie zowią Mają). No ale my przyjechaliśmy zwiedzać stare ruiny Majów a nie młode ledwie zaplanowane założenia urbanistyczne co to mają.
Palenque to miasto Majów w dżungli. Cały czas ćwierkają jakieś niewidoczne, acz niewątpliwie egzotyczne ptice czy inne egzotyczne chrabąszcze (nomen omen) majowe, a wokół ćwierkają o wiele mniej egzotyczni i bardzo dobrze widoczni współcześni Germanie. Ruiny robią wrażenie - jak Mayaxatl z "Thorgala". "Miasto Zaginionego Boga" to tutaj. Z tego wrażenia pocimy się niemiłosiernie.
Kupuję trochę miejscowej cepelii na pamiątkę. Cepelia jak to cepelia - metaforyczne ciupagi są wszędzie. Ale u nas będą się zachwycać, boć to przecież indiańska cepelia.
Przy wyjściu wpisujemy się w książkę pamiątkowych skarg i zażaleń. Lustrujemy wejścia i wyjścia i co się okazuje? Kumpel Blachy tu jest! Data się zgadza, znaczy dziś wszedł albo wyszedł. Postanawiamy zaczekać, przyjmując, że wszedł i musi wyjść. Czekamy pod bramą, próbując świeżych kokosów i próbując dodzwonić się do niedoszłych teściów nieodżałowanego Marcina, próbując dowiedzieć się o jego komórkę. Bezskutecznie. Nazwa "Majowie" wpływa twórczo - o, proszę:
"Maj Majowi oka nie wykole"
Maj Majowi szeptał w gaju
Słuchaj Maja bracie Maju
Maj trwa ciągle w kraju Majów
Toć majówek czas - jak w raju
Pszczółka Maja żwawo rankiem
Mak zapyla z majerankiem
Majonezu - ile dusza
Majster w pracy nie przydusza
Emigrować do Miami
Nie ma sensu - między nami
Dziewczyn takich jak Majówki
Nie uświadczysz nigdzie - główki
Zgrabne, nóżki śliczne
Ten majestat... i rozlicznych
Zalet szereg - mowa wartka
A niektóre w samych majtkach
Mamy szczęście bracie Maju
Żyć nam przyszło w kraju bajek
Jutro jadę na majówkę
No to jak... pożyczysz stówkę?
Ano tak - pieniądze. Turystyka psuje. Każde przejście turysty, zwłaszcza białasa wyzwala w stojących pod bramą straganiarzach falę okrzyków. To już chyba odruch bezwarunkowy. Sprawdzałem, podrywałem się znienacka do biegu, ale oni zawsze zdążyli krzyknąć: "agua, coca cola, gatorade!". A ja zawsze zdążyłem grzecznie wrzasnąć, że "nie, dziękuję".
Wreszcie rezygnujemy z czekania i wracamy do miasta. Łapiemy się na szyld "economicas comidas" i wcinamy obiad w restauracji. Niezbyt drogo, niezbyt smacznie, ale za to dużo i pikantnie. Pierwsze spotkanie z salsą... To nie ma smaku (chodzi o tę czerwoną, picante), to ma jeden cel - wytrawić cię z resztek flory bakteryjnej. Potem pijemy jak smoki. Rio Wisła na głowę. Ale na szczęście nie pękamy, cały cydr (la sidra), niejeden zresztą, znika w porach. Skóry.
Bezpańskie bagpakerki włóczą się po mieście... Połączyć siły? Żebym tak tylko miał jakieś siły... W tym upale to towar deficytowy. Wieczorkiem decydujemy się ruszyć kolejnym nocnym autobusem do Ciudad de Orizaba, za jakieś 30 dolarów. Kolejna nocka w tandetnym klimatyzowanym wnętrzu meksykańskiego autobusu. A komendanta Carlosa od zapatystów z Chiapas ani widu ani słychu. A gdzie patria o muerte?
