Przylot do Meksyku
Veni, vidi i pot zalał mi oczy. Niezły Meksyk, niby tylko 32 stopnie, a lepię się jak zakochana dziewuszka, tyle, że sam do siebie. Przylecieliśmy z Blachą wieczorem, odprawili nas niemal bez kłopotów (zabrali kanapkę z serem i pomidora, bo okazało się, że są całe pokryte europejskimi zabójczymi bakteriami - dobrze, że nie przyjrzeli się mojej nodze, he he). Do Meksyku nie potrzeba wiz ani żadnych wynalazków wzbogacających graniczny folklor. Oczywiście od razu próbowali nas naciąć na najtańsze autobusy do miasta (9 dolców i gardło sobie podrzynam!). Niestety, ktoś wcześniej wspomniał o autobusie za 1,5 dolara. Taki tam podmiejski chłam z czasów bitwy o Alamo - klimatyzacja, telewizor i siedzenia regulowane w pięciu wymiarach. Tandeta jednym słowem, ale cóż. Na ichniejszym PKS-ie w Cancun ładujemy się od razu niemal w nocny autobus do Palenque (jakieś 40 dolców - płać i zgrzytanie zębów). Autobus - taki sam złom, jak ten poprzedni, ale da się wytrzymać. O 20 już ciemno, chociaż widoki na przyszłość świetlane. Jedziemy do Chiapas, najbiedniejszego regionu w Meksyku. To w Chiapas można jeszcze spotkać hołdowników śp. Che Guevary i śp. Emiliano Zapaty. Tam rewolucja trwa wiecznie, hasła że "żywią y bronią" się nie wycierają, a zapatyści ubierają się jak ninja i jeżdżą na koniach po dżungli porywając spragnionych wrażeń turystów. Zobaczymy. Zobaczymy? Zobaczymy.
