Zabytki Olmeków
Od rana Villahermosa (po hiszpańsku - Piękny Dom). Piękny, piękny, nie ma wątpliwości, tylko gorąco. Czuć, że zjechaliśmy z 2200 mniej więcej na poziom morza. Upał nas zabija. W Villahermosa mamy jeden cel. Przeżyć. To znaczy to też, ale dodatkowo park Vento - kawałek dżungli w środku miasta, a w nim zabytki Olmeków. O Olmekach (tak, tak, jest taka tequilla) mówią, że to Grecy Ameryki Środkowej - wszystkie kultury Meksyku czerpały z ich dziedzictwa. Najsłynniejsze i często goszczące w telewizji są głowy - w tym wypadku nie gadające - Olmeków, które mają negroidalne rysy (tak, tak, taka głowa jest na etykietce tequilli) - i właśnie dlatego są zapraszane do filmów. I co, ktoś się przyczepi, że ludzie o negroidalnych rysach są dyskryminowani? Zagadką jest to, czy przybyli tu z Afryki (celowo nie używam słowa "przypłynęli", bo może przylecieli z kosmitami od Daenikena?), czy rzeźbiarz miał fantazję. Głowy są w zasadzie tylko trzy, ale jedna całkiem ładna. Ogólnie park mi się bardzo podoba, idea jest moim zdaniem słuszna, wykonanie przyzwoite, obsługa miła. Oprócz kilkudziesięciu rzeźb jest tu małe ZOO - m.in. małpy, wydry, papugi, tukany i największa atrakcja - pumy, oceloty i jaguary. Parka jaguarów daje nam pokaz radosnego seksu oralnego - czy zwierzęta nauczyły się już cieszyć z tego typu aktywności? I dobrze, żyją w klatkach, niech też mają coś z życia.
Koło klatki z jaguarami jest klatka z napisem "W tym miejscu można zobaczyć największego drapieżnika świata". W środku lustro. Świetny pomysł.
Wszędzie włóczą się bezpańskie ostronosy i żebrzą o resztki jedzenia. Taki zwierzak wielkości niedużego psa albo bardzo dużego kota wytresowany jak zwierzątko schroniskowe... nie jest łatwo zbyć go paroma okruszkami.
Dla nas największą atrakcją okazują się być mrówki na gałęziach. Bo tak sobie fajnie chodzą w tą i z powrotem i noszą liście. Stoimy tam dobrych 20 minut, albo i dłużej. Może to atawistyczna chęć przyglądania się, jak ktoś pracuje? Praca mnie fascynuje, mogę godzinami siedzieć i przyglądać się jej...
Z ciekawostek Villahermosy - oglądam koszulki z kalendarzem Majów i coś mnie podkusza, że spojrzeć na metkę. No, wrażenie spisałem mową wiązaną:
"Globalizacja w kolorze ż."
Kupiłem koszulkę w Meksyku - z kalendarzem Majów
Metka "made in China", cóż, taka jest prawda
Kupiłem kangura z pluszu, gdzieś w kangurów kraju
Tani był, na metce...aż bałem się sprawdzać
Globalizacja? Nie boi się jej chiński naród cały
Znajomy Chińczyk z żywieniowej dał mi przykład półki:
Jak się w jajku wymiesza to żółte z tym białym
To i tak na końcu wszystko będzie żółte
Ogólnie to zwiedzanie tak wyczerpało nasze siły, że resztę dnia spędzamy nad zatoką nie robiąc nic - co jest optymalne w taki upał. Wreszcie przemieszczamy się na ichni PKS i znów zanurzamy się w nic nie robienie. Niedaleko jest hipermarket, gdzie chodzimy co jakiś czas na spacerki (jest tam klimatyzacja) połączone z degustacją promowanych napojów chłodzących. Na ulicy próbuję posol - kakao po majowsku, z wodą, według reklamy - bardzo smaczne i pożywne. Według mnie - paskudztwo (przepraszam wszystkich Majów, ale wiadomo, że szczerość nie radość). Temperatura chyba koło 40 stopni i wilgotność gdzieś 80%... Autobus do Cancun z klimatyzacją witamy jak wybawienie (znów koło 40 dolarów, więc należą się jakieś ciepłe uczucia). Niedługo nam przechodzi - zapomnieliśmy o cieplejszych ciuchach (w upale na zewnątrz nie jest to trudne) i marzniemy niewymownie. Normalnie kataru dostaję. Ech ta cywilizacja...
