Pożegnanie z Mexico City
Od rana ciąży na nas piętno wygnańców... Ostatnie ciepłe herbatki, kilka pierwszych i drugich śniadanek, ostatnia taka kąpiel... Rozkoszujemy się byciem pod przyjaznym dachem (zawsze mówiłem że kontemplator wnętrz to fajny zawód), aż wreszcie ruszamy w drogę - z plecakami wypchanymi pamiątkami do Villahermosa, autobusem za niecałe 40 dolców - całą noc.
Meksyk żegna nas deszczem. Już tęsknię - jak to w moim prymitywnym przypadku bywa - przede wszystkim za tacos. Czy jeszcze kiedyś będę jadł coś tak smacznego?
Wjeżdżając na wzgórza otaczające dolinę Meksyku mamy piękny widok na największe miasto świata. Meksyk - tak mówili Aztekowie sami o sobie. Piszę w autobusie - rzecz o nadawaniu imion. Jak ta historia z kangurem - Anglicy pytali Aborygenów, co to jest. Odpowiedź brzmiała "kangaroo" - czyli w języku Aborygenów: "nie wiem, o co ci chodzi". Ameryka też ma swoje historyczne nieporozumienie.
"India? Nie! - czyli skąd się wzięli Indianie"
Jak to z historią bywa
Że rzeczy się nazywa
Niektóre po imieniu
Gdy inne długo w cieniu
Wychodzą po stu latach
I wielu postulatach
Z półszeptów ludzkich cienia
Choć wiele to nie zmienia
Gdy wiatr historii dmucha
To trzeba dobrze słuchać
Ot weźmy choćby Kolumb
Odkrywca, ciut samolub
Podpłynął pod kontynent
I krzyczeć jął: odkryłem!
Do Indii nową drogę
Niemalżem już półbogiem!
Tambylcy (co tam byli)
Dość licznie doń przybyli
Poczęli mówić: panie
India? Nie, pomyłka być, India nie
I tak już pozostało
Co ucho usłyszało
Krzyś myślał: prezentacja
Nie wątpił czy ma rację
Uczcijmy chwilą ciszy
Tych, co co chcą, to słyszą
Niełatwa rzecz: słuchanie
Mówili mu: India nie...
