Stolica Meksyku po raz kolejny
I jeszcze jeden dzionek w Mexico City - tym razem celem są freski Diego Riviery w Palacio Nacional - wstęp za darmo, więc grzechem byłoby nie skorzystanie. Po wejściu stwierdzam, że byłby to grzech ciężki. Freski są dla mnie dziełem geniusza - obrazkowa "historia pauperum" - Meksyk w pigułce. Jest "Gran Tenochtitlan", jest kilka obrazków z życia Azteków i Majów i wreszcie jest Konkwista - z Hernanem Cortesem przedstawionym jako krzywonogi syfilityk o wyraźnej orientacji seksualnej na złoto i przelewanie krwi. Wszyscy biali zresztą są pokazani jako postacie na wskroś negatywne, a Indianie jako rasa uciskana, torturowana i mordowana.
Diego Riviera był Indianinem i nie krył swoich poglądów w kwestii Konkwisty. Poza tym był socjalistą - próbował zresztą przewidzieć przyszłość na murach Palacio Nacional - widząc Meksyk jako kraj zjednoczony pod hasłami Marxa i Lenina. Na szczęście (to mówię z całą historyczną świadomością człowieka z byłego tzw. Bloku Wschodniego) przyszłość Meksyku potoczyła się inaczej. Riviera był mężem Fridy Kahlo - malarki, rozsławionej ostatnio przez film z Salmą Hayek. Film polecam, freski takoż.
Potem wędrujemy po stolicy i oglądamy inne dzieła "Muralizmu" - czyli pierwowzoru graffiti. Już na początku XX wieku malarze w Meksyku odkryli, że sztuka na murach przemawia do ludzi i zajęli się pokrywaniem powierzchni pionowych farbą. Tak, drodzy młodzi zbuntowani grafficiarze, tak naprawdę powielacie wzorce kierunku w sztuce zwanego "El Muralismo".
Rano kupiliśmy ananasy (4 owoce - ok. 1 zł sztuka) i daliśmy je Marcinowi. Marcin odłączył się od nas i pojechał do swojej ukochanej. Ech, świeże ananasy. Nie mogliśmy się doczekać.
Póki co wdychamy jeszcze klimat stolicy, podjadamy naprawdę pyszne tacos, włóczymy się tu i tam, czasem zahaczając o ówdzie.
W domu jesteśmy punktualnie według umowy z Marcinem. Tyle, że Marcina nie ma. Zgubił się podobno, rodzina nie może go znaleźć. Marcin jak Marcin, ale gdzie są nasze ananasy?! Marcin, do domu!!! Do teściów Marcina przyjechał wujek - były sztangista z kadry Meksyku. Oczywiście jak wielu muchachos mieszka teraz w Stanach i nie mówi po angielsku, bo po co? Ale jest okazja pogadać po hiszpańsku, zwłaszcza, że polewa Cuba Libre (rum z colą i lodem). No i jest o czym pogadać, bo zginął Marcin. I ananasy. Marcin, do domu!!!
Wreszcie Marcin wraca ze spuszczoną głową powoli. Zdenerwował się na komunikację miejską i poszedł piechotą, jak pan Słowik u Tuwima. Z tego zdenerwowania kupił sobie i Ivy perfumy. Złoty chłopak... A nie - nie ma ananasów, zostawił u Ivy w biurze. Złoty?! Tombak jakiś!
My z nerwów próbujemy owoc guajaby, robimy galaretkę z bananami i spędzamy sobie wieczór na wypominaniu Marcinowi, że nie przyniósł ananasów.
Wreszcie Marcin łapie sugestię i jedzie z Ivy do biura po owoce. I to jest najnowsza koncepcja sztuki. Dzień kończymy ananasem. I możemy już dzień chwalić, bo przecież "nie chwal dnia przed ananasem".
