meksyk

Choroba wysokościowa

W nocy coś grzmiało - i nie było to chrząszcz w trzcinie, boć to przecież nie Szczebrzeszyn. To Popo popo...popo... popopuszczał sobie dymki. W końcu jest czynny, ma prawo. Po ciemku wcinamy pyszne śniadanko - chlebek, tuńczyk, ananas z puszki. Wcinamy Blacha i ja, bo Marcin dziękuje, ale nie jest głodny. Jakie to okrutnie polskie cieszyć się, że ktoś ma gorzej... A on ma zdecydowanie gorzej. W wysokich górach to po prostu kwestia aklimatyzacji, którą zyskaliśmy wcześniej, a Marcin właśnie ją zyskiwał. Całą noc walczył z duchami (pokaszliwał na nie i próbował przepłoszyć ciężkim oddechem), więc rano nie był zbyt wypoczęty. Ogólna sytuacja natycha do wierszyka.

"Choroba wysokościowa"

Naprzód orły, potwory, lamparty
Rwijcie mięso i mózg w krwiste strzępy
Znowu człowiek, istota uparta
Stawia stopę w nieprzyjazne ostępy

Nieprzyjazne że są, to rzecz pewna
Bracia, siostry, zanurzcie pazury
Toż istota delikatna i zwiewna
Nieudany wybryczek natury

Więc go szarpmy, niech spłynie krwią ziemia
Patrzcie, żółcią z wysiłku znów pluje
Trach, rozbijmy mu czaszkę przez ciemię
Tak wysoko dziś wszedł, niech żałuje

Naprzód orły, potwory, lamparty
Boli głowa, w ustach niemy mrze krzyk
Ale człowiek, istota uparta
I tak pcha się powoli na szczyt

Nas samych dziwi własny apetyt na wysokości Mont Blanc. Ale jak to mówią: "cyk Walenty, na bok sentymenty" - idziemy, południową granią. Za 1,5 godzinki jesteśmy na pierwszym szczycie, gdzie straszą ruinki tajemniczej konstrukcji. Wg mnie to ogromna wyciskarka do pomarańczy - i aż żal, że nie wzięliśmy żadnych pomarańczy. Pierwszy wierzchołek nazywa się Las Rodillas (kolana) i przypomina o indiańskiej nazwie góry - "Leżąca Indianka". Wg legendy Popo był wojownikiem a Izta córką władcy, która zmarła ze smutku, gdy on wyruszył na wojnę. Po powrocie stworzył dwie góry (swoją drogą musiał być kawał chłopa), położył jej ciało na jednej, a sam stanął na drugiej z pochodnią w dłoni. Odtąd Popocatepetl to "Dymiąca Góra" a poszczególne wierzchołki Itzy mają nazwy Las Rodillas, El Pecho (Pierś) i La Cabeza (Głowa).

Robimy mnóstwo zdjęć - Popo jest odsłonięty, a przecież się zakochałem, więc nie przepuszczam okazji. Miłość jest ślepa, słońce ostro razi, więc też niedowidzę. Postanawiamy skoczyć z Blachą na trawersik reszty wierzchołków, a Marcin postanawia zostać i possać snickersa.

Akcja jest szybka, zejście też - około 14 jesteśmy znów na Paso de Cortes, kładziemy się w cieniu i łapiemy stopa - to taka meksykańska metoda. Stopa łapiemy prosto do Mexico City - dwóch miłych gości odwozi nas na stację metra i jesteśmy prawie w domu. Wejście na szczyt oblewamy świeżo wyciskanym soczkiem z pomarańczy, ananasa i banana (rewelacja) i sokiem z młodych pędów bambusa - takim zielonym i bardzo słodkim. W domu mleczko, prysznic i spać. Rewelacja po prostu. Pierwszy raz w życiu po zejściu z dużej góry wypoczywam w takich warunkach. Nie ma co, człowiek na starość zmienia przyzwyczajenia.