meksyk

Iztaccihuatl drugi wulkan do zdobycia

Rano wyruszamy na Iztaccihuatl - drugi wulkan do zdobycia, 5286 m n.p.m. Namówiliśmy Marcina, żeby wybrał się z nami - musiał pożyczyć trochę sprzętu, kupić parę snickersów i wyruszyliśmy. Do Amecameca dojeżdżamy za 19 peso, potem bierzemy taksówkę za 200 peso i podjeżdżamy na Paso de Cortez na 3600 m. Ależ tu przyjemny wujek chłodek. I jaki wybór szczytów - po prawej Popocatepetl 5424 metry - wulkan czynny, w związku z czym nieczynny (co udało mi się niemal pojąć w trakcie trwania wyprawy). Nawet limeksyk powstał - limeksyk to forma podobna do limeryku, ale miejsce akcji jest gdzieś w Ameryce Północnej:

Limeksyk wulkaniczny

Pewien wulkan w Meksyku, dość słynny
Był, w sensie sejsmicznym czynny
Przez co zamknięto doń dostęp
Tak powstał logiczny podstęp
Bo się stał - jako czynny - nieczynny

Żołnierze pilnują, żeby nikt temu Popu nie zaglądał do krateru. Przy wejściu na Ixtę też jest posterunek. Aha - musimy kupić bilety. No dobra, skoro musimy, to kupimy, ale czemu nam nie wierzą, że Kukuczka wciągał na ośmiotysięczniki Meksykanina Carlosa Carsolio? Przecież to prawda... Nie będzie zniżki? Na pewno? No somos Americanos..., nie? No nic, tniemy na górę. Najedzeni, niemal na lekko, więc jest bardzo przyjemnie.

Łapiemy stopa - gdzieś na 15 minut jazdy. Podwozi nas kawałek ekipa elektryków, jadąca do przekaźnika telewizyjnego. Mili ludzie. Potem La Joya - na 3900, ostatni przystanek, gdzie można dojechać autem. Tam wcinamy pieczonego indyka (a jak wiadomo darowanemu indykowi w garnku do twarzy), brzoskwinie z puszki i inne rarytasiki typu świeże bułki. Mówimy Marcinowi, żeby się najadł, bo potem nie będzie mu się chciało (marudzimy jak stare babcie - Marcin, zjedz coś, za mamusię - tak jakby mamusia Marcina nie mogła się najeść sama). W każdym razie Marcin nie wierzy w swój przyszły brak apetytu. Cóż - jest to generalnie rzecz biorąc jego ostatni porządny posiłek w ciągu najbliższych 24 godzin.

Iztaccihuatl jest śliczny, ale podejście w moich oczach, a bardziej uszach, odbywa się pod hasłem: "Marcin mówi, echo odpowiada". Marcin już od kilku dni zachwyca się możliwością wyrażania myśli w języku polskich. Teraz wyraża przede wszystkim zachwyt. A jest się czym zachwycać - szlak jest bardzo fajnie poprowadzony - przez sympatyczne przełączki wspinamy się do góry, wkładając na siebie kolejne części garderoby.

Gdy jesteśmy na 4800, po drugiej stronie odsłania się Popocatepetl. Wow (czytaj: łał). Z miejsca zakochuję się w tej górce - ale mam konkurencję. Wszyscy robią zdjęcia mojej ukochanej. Nienawidzę ich! A mówią, że miłość nie zazdrości... Niedaleko jest schron - na 4790, blaszana puszka wyglądająca jak stara polska chłodnia na ciężarówce marki Star albo stacja Mir (której przy okazji oczywiście dziękuję za wieloletnią współpracę). No z nieba nam ta stacja spadła - żartuję, wiedzieliśmy, że tam na nas czeka. Ładujemy się do środka - gdzie tradycyjnie leży zostawione przez tracących apetyt turystów papu. Marcin dziękuje, ale my z Blaszką mamy aklimatyzację z Orizaby i łakomstwo wrodzone, więc częstujemy się batonikami bez krępacji.

Na ścianach schronu złote myśli meksykańskich turystów - "Tutaj chciałem, aby śmierć mnie zaskoczyła", "Nieważne dokąd idziesz, i tak umrzesz tam, gdzie będziesz". No, sama prawda, cóż rzec. Rozkładamy się na drewnianych łóżkach i dopisujemy "Józef Tkaczuk" w kolejnym miejscu na świecie. Kto mi wreszcie powie, kto to był Józef Tkaczuk? Ale sądząc po napisach, podróżował więcej niż Tony Halik.

Dla mnie sporą atrakcją jest obserwowanie postępów choroby wysokościowej - wyjątkowo nie na sobie, tylko na Marcinie. Marcin gadał jak nakręcony. Gadał, gadał, gadał - a nagle umarł i 12 godzin go nie było. Długa noc ma zalety, chociaż zdarzają się zabawne nieporozumienia. Kładziemy się koło 19 - 20 (oprócz Marcina, który o tej porze walczy już drugą godzinę z brakiem tlenu). Około 23 ktoś rzuca pytanie: która godzina? Sprawdzam - 23.10. Ogólne wrażenie wskazywało nam wszystkim na 4 - 5 rano. Kolejny objaw choroby wysokościowej - utrata poczucia czasu?