meksyk

Miasto Tolteków z piramidami

Rano śmigamy do Teotihuacan. Bilecik za 2 dolary, a na końcu czeka nas jeden z cudów świata - miasto Tolteków z piramidami. Do piramid idziemy 2 kilometrową Aleją Umarłych. A leją umarłych... A mówią, że w Meksyku to viva la muerte. Teotihuacan jest fajne, piramidy Słońca i Księżyca imponujące (można się zmęczyć przy wejściu - miasto jest na 2300 m) - to tutaj według tolteckich legend bogowie zapalili słońce i księżyc, rozwiązując energetyczny problem oświetlenia świata. Jak często w legendach bywa - potężny i przystojny Tecuciztecatl stał się księżycem - który, oskarżony o tchórzostwo dostał w twarz królikiem i odtąd pokazuje nocą tylko część swojej twarzy. Natomiast głupi Jaś - nieważny i mało rozgarnięty Nanahuatzin stał się słońcem. Reszta bogów postanowiła umrzeć, by dać słońcu i księżycowi życie wieczne.

Przy wejściu mamy pokaz Voladores - Ludzi Ptaków. Typowo turystyczny, zresztą na życzenie niemieckich turystów. Kiedyś Ludzie Ptaki spuszczali się na linach żeby przywołać deszcz, teraz jest to deszcz waluty. Ja jestem trochę zawiedziony, bo kiedyś w Niemczech widziałem Voladores, którzy zjeżdżali z trzy razy wyższego pala (pewnie mieli lepsze honorarium). Podoba mi się muzeum, z fragmentami grobowców. Kupuję też glinianą fujarkę, a jej sprzedawca twierdzi, że zbiera na podróż do Stanów, bo tam są ładne kobiety. Chyba pierwszy raz w życiu słyszę taką opinię... Samo Teotihuacan nie robi na nas takiego wrażenia jak slumsy na obrzeżach Meksyku, wrzynające się w stoki gór. A mi bardziej niż piramidy podobają się kaktusy - bo klimat wokół jest pustynny. Agawy wykorzystuje się tu do wyrzynania wyznań typu "kocham Dolores" czy "Dupa" albo "Manuel jest gupi".

Po powrocie wcinamy kolejny bonusik z darowanego indyka, któremu się nie patrzy (a raczej nie widzi - nam, to, co z nim zrobiono). Rosołek jest pożywny i smaczny. Wieczór przepływa leniwie na czytaniu i pisaniu. Miło.