meksyk

Zwiedzania Mexico City ciąg dalszy

Mexico Ciudad bis. Generalnie powtórka z dnia poprzedniego. Patrzymy na resztki Tenochtitlan - ostatnie fragmenty wielkiej stolicy Azteków - może 200 metrów kwadratowych. Znowu ten nieszczęsny Cortez, morderca wdów i sierot. I tylko tyle zostawił z kwitnącego miasta. Tenochtitlan było kiedyś miastem pełnym kanałów, wyspą położoną na jeziorze. Dzisiejsza stolica jest miastem na osuszonym jeziorze - widać to w niektórych budynkach, na przykład w starych kościołach, gdzie do ołtarza trzeba iść pod górkę z powodu zapadnięcia części podłogi.

Na ulicach grasują gangi umundurowanych kataryniarzy. Rzężą okrutnie dla uszu. Każdy kataryniarz ma co najmniej jednego umundurowanego pomagiera, który zbiera fundusze - zapewne na remont instrumentu. Ale jak to zwykle bywa, pewnie ktoś zdefraudował.

Na ulicach kwitnie miejski folklor - z natężeniem i fantazją, jakiej nigdzie jeszcze nie widziałem. Na przykład gość, który wbiega na czerwonym świetle na skrzyżowanie, rozkłada drabinkę, wbiega na nią i żongluje. Potem zbiega, zbiera pieniądze i składa drabinę ( w tej kolejności, to ważne, drabina hamuje potencjalnych klientów przed salwowaniem się ucieczką). Dla mnie rewelacja. A jaka sprawność artysty! Podobno na życzenie zdąży wydać rachunek VAT-owski...

Meksyk... Zakupy trwają. Kartki, obrazki, szachy, szmatki dla kobiet. Aż nogi bolą. I portfele, tradycyjnie.

Wieczorem resztka lecho, indyk pieczony (darowanemu się nie patrzy, no to w zęby) i co tam jeszcze. Nabieramy masy. Oby nie krytycznej.