meksyk

Zwiedzanie stolicy Meksyku Mexico City

Od rana leniwie zwiedzamy Mexico Ciudad, zwane też Mexico City albo Mexico Stadt. 25 - milionowy kolos - ludzie napływają tu ciągle, nie tylko ze względów ekonomicznych, ale też z powodu przyjemnego klimatu. Położenie na 2200 metrów sprawia, że upał nie dokucza, deszczyk chłodzi, a noce są rześkie. Co prawda miasto ma też wiele wad (podobno 5 milionów samochodów - w tym pewnie z milion nie zarejestrowanych). Łazimy nieco bez celu, łykając klimat, mocno przyprawiony smogiem. Robimy zakupy - na przykład pirackie CD za dolara albo tanie książki w metrze. Metro kosztuje 2 peso, bardzo tanio - i jest całkiem czytelnie zorganizowane.

W centrum miasta głównie sklepy ze złotem. A pod jednym ze sklepów żebraczka. A na sklepie graffiti ze świnią całującą Busha i podpisem "Asesino - Morderca". Gdy robiliśmy sobie z tym pięknym obrazkiem zdjęcia, Meksykanie patrzyli na nas jak na gringos, którzy nie rozumieją wymowy ideologicznej dzieła i cieszą się, że widzą swojego prezydenta. My patrzyliśmy na Meksykanów jak na Meksykanów, którzy nie rozumieją tego, że my rozumiemy wymowę ideologiczną dzieła.

I tak spirala niezrozumienia rozumienia się zamykała. I przez kogo to wszystko? A kto jest na obrazku? Czy ja jestem demagogiem?

Na zocalo Indianie świętują tanecznie i bębniarsko to, że Cortez podbił ich na początku XVI wieku. Tańcują i tańcują - mają taką kondycję, że aż dziw, że Hiszpanie dali radę ich zmasakrować. Zwłaszcza pan w piżamie jaguara robi dobre wrażenie. A Hiszpanów było tylko 1000... Niemożliwe...

Łazimy dalej. Taksówki zatrzymują się na każde skinienie ręki - na przykład podrapanie. Na ulicy można najeść się za dolara - Tacos, czyli tortille z nadzieniem mięsnym, warzywnym i salsą są pyszne. Ale tak ostre, że węgierskie gulasze to przy nich kleik ryżowy na mleku, niskosłodzony bez soli. Potem okaże się, że przy opuszczaniu ciała też były ostre (i nie było to kłucie w boku). Na ulicy plakaty wzywające do rewolucji, a na nich kto eta takoj? Bródka, czapka talerzówka na łysinie. Wiecznie żywy towarzysz Ulianow. Ech, niesforni są ci Meksykanie, niesforni.

Wieczorem wcinamy leczo, pierwszą potrawę z darowanego indyka (a jak wiadomo darowanemu indykowi się nie patrzy, chociaż indyk jak się patrzy).

Ogólnie relaksowo, ale nogi bolą bardziej niż po górach. Coś w tym jest, że cywilizacja mimo wszystko siły wysysa. I finanse.