Zasłużony odpoczynek
Mycie w zbiorniku na deszczówkę - nienajgorzej. Dopiero teraz czuję, że góra wyssała ze mnie sporo tłuszczu, jestem smukły jak chart.
Od rana wraca temat - dlaczego Cortez podbił ich z tą swoją gromadą awanturników? Jakiś tysiąc Hiszpanów kontra liczące dziesiątki tysięcy armie Azteków. Niemożliwe do wygrania, a jednak. Wiadomo - broń palna, konie, zakuci w stal żołnierze, podburzanie innych plemion, Hiszpanie jako bogowie, kiepska taktyka wojenna Indian itd, itp. Ale jeszcze jedno. Tak jak w Mongolii można było zrozumieć, dlaczego tamci jeźdźcy siali taki postrach w całym świecie, tak tutaj można domyślić się jeszcze jednej przyczyny sukcesów Corteza. Czysto fizycznej. Czystej krwi Indianie odznaczają się mianowicie wzrostem porównywalnym z wzorcem metra w Sevre. Poza tym są, jak już wspominałem - niezwykle łagodni. A Hiszpanie nie wahali się bić mniejszych.
W Xometli niemal każdy domek to słaby wyposażony spożywczy. Kupujemy sobie mleczko (5,5 % tłuszczu, rewelacja), bułki i co tam jeszcze jest do szamania i uprawiamy szamanizm śniadaniowy. Potem na dół spektakularną trasą i spektakularnym blaszanym autobusem. Za niedługo jesteśmy znów w Ciudad de Orizaba, korzystamy z uroków cywilizacji i robimy sjestę na zocalo (tak się nazywa główny skwerek w każdym meksykańskim mieście). Banany są po 1,5 peso (niecałe 40 groszy za kilo). Właśnie tam pada niezłamane jak dotąd przeze mnie postanowienie, że w Polsce bananów nie ruszę. Tutaj są pyszne, wygrzane, soczyste, można uwierzyć, że coś takiego jak sok z banana ma prawo istnieć. Próbujemy też tunas - owoce kaktusa - pycha. Chleb też pycha. Taak... sjesta. Namierza nas kobieta wyglądająca jak krążownik Aurora a nawet pancernik Potiomkin. Z petem w ustach próbuje wyciągnąć od nas jakieś grosze, chociaż na brak pożywienia nie powinna się raczej uskarżać. Wygląda na to, że tutaj sfera prywatna, rozciągająca się wokół każdego z nas, ma mniejszą średnicę niż w Europie. Krążownik niemalże chucha nam w twarze i opowiada bajeczki. Uff, odpłynął.
Dalej bezskutecznie próbujemy dodzwonić się do Marcina (potem wyjdzie, że w dżungli nie miał zasięgu). Wreszcie udaje się porozmawiać z jego niedoszłym teściem - który donosi, że Marcin wraca jutro. No, sytuacja się rozjaśnia. Zapowiadamy się więc na jutro.
Do końca dnia uzupełniamy płyny i kalorie. Jest miło. Nockę spędzamy na ichnim PKS-ie, oglądając w telewizji konkurs rozbierania się lasek, typowy dla katolickiego kraju. Ok. 4 rano ruszamy do Mexico City.
